Hostessa - opowiadanie

Jestem... hostessą w klubie go-go. Tak nazywają tę robotę. Czyli dziewczyną do towarzystwa. Przysiądę się do ciebie, porozmawiam. Jeśli będziesz miły, to możesz nawet postawić mi drinka – w końcu dzięki temu zarabiam. Ale nic poza tym. Wolałam jasno określić zasady, żebyście sobie za dużo nie wyobrażali. Zabawiam facetów rozmową, kusą spódniczką i ładną buzią. Ale rączki proszę trzymać przy sobie. Taka jest zasada. Złamałam ją tylko raz.

I właśnie o tym jest moja opowieść.

Rozpoczynałam pracę od przejścia się po sali. Przegląd towaru, wiecie. Oni patrzyli na mnie, jak oceniałam ich. Wyłapywałam takiego faceta, który mi się podobał, podchodziłam i zagajałam. Bardzo rzadko myliłam się w wyborze. Panowie zapraszali mnie do stolika, rozmawialiśmy. Oglądali tańczące dziewczyny i jeśli było miło, stawiali nam niebotycznie drogie drinki albo zamawiali jedną z dziewcząt na solowy pokaz. Jeśli klient był wyjątkowo uprzejmy, mógł pogłaskać mnie po ramieniu czy kolanie, ale na nic więcej nie pozwalałam. Też miałam swoje zasady. Aż do czasu, jak się okazało.

Naciągałam takiego pana na soczek za sto pięćdziesiąt złotych, po czym dyskretnie zmieniałam otoczenie. Jeśli byli upierdliwi i łazili za mną, zrywałam się do domu.

Przyjechałam lekko spóźniona, bo wypadek w centrum miasta skutecznie zablokował wszystkie drogi dojazdowe. Szybko wpadłam do przebieralni, zrzuciłam dresy i zaczęłam się szykować. Makijaż, odświeżenie fryzury, „pracownicza” bielizna i strój. Pamiętam dobrze, jak byłam wtedy ubrana, chyba dlatego, że tak mu się spodobałam. A może kłamał od początku do końca, do dzisiaj trudno mi go rozszyfrować.

Miałam na sobie ciemnoróżowy gorset, spódniczkę tak krótką, że przez cały wieczór miałam problemy ze wstawaniem z fotela i różowe obcasy, czternastki. Na szczęście miałam praktykę w obsłudze takich butów, inaczej byłoby słabo.

Wyskoczyłam na salę, zręcznie umykając przed karcącym wzrokiem szefowej i wieczór ruszył z kopyta.

No, powiedzmy. Co z tego, że sobota, że środek czerwca. Oprócz kilku zapatrzonych w tancerki, ciemnoskórych marynarzy o egzotycznych rysach twarzy, w lokalu nie było nikogo. Kilka godzin nudy potrafi zabić nawet największy entuzjazm, nic więc dziwnego, że gdy Artur wszedł do klubu, byłam już mocno zmęczona pracą, a właściwie jej brakiem.

Wysoki, szczupły i krótko obcięty, wydawał się odrobinę nie pasować do reszty towarzystwa. Potrafił się dobrze ubrać, widać to było od razu, i miał pieniądze; zawodowym okiem zwróciłam uwagę na elegancki, drogi zegarek.

- Witaj – powiedziałam z uśmiechem. – Masz ochotę na rozmowę?

- A o czym? – odparł miłym, niskim głosem. Nie był przystojniakiem, ale z jego twarzy biły spokój i pewność siebie. Popatrzył na mnie z zainteresowaniem. – O tobie?
- Może być o mnie. – Uśmiechnęłam się. – O mnie i o tobie.
Lekko odwrócił się w moją stronę. Zadziornie błysnęły mu oczy.
- No, proszę – stwierdził. – Piękna dziewczyna przysiada się obok i chce rozmawiać o nas. Podoba mi się to miejsce.
Mrugnęłam okiem.
- Jeśli tak jest naprawdę, to bardzo się cieszę. Po to tu jestem.
- Czyli, po co?
- Żebyś dobrze się bawił, podziwiając nasze tancerki. I, spędziwszy miło czas w moim towarzystwie, chciał tutaj wrócić.
Zerknął na mnie znad szklanki z piwem.
- A to zabrzmiało jak konkretna propozycja. Czego mogę wobec tego oczekiwać, spędzając czas w towarzystwie tak uroczej kobiety?
- Miłej rozmowy, dobrej rozrywki i seksownych tancerek – odparłam.
- Na cóż mi tancerki, gdy siedzi obok mnie taka piękność?
- Nie przesadzaj, proszę. Panie…

- Och, ale ze mnie wzorzec kultury. Artur jestem.
- Miło pana poznać, panie Arturze. Paulina.
- Po pierwsze, urocze imię, śliczna Paulino. Po drugie, darujmy sobie tych panów. Oczywiście, jeśli się zgadzasz, mówmy sobie po imieniu.

Potrafił sprawić, że zapomniałam, gdzie jestem. Nie czułam, że siedzę obok niego tylko dlatego, by mu umilić czas. Nie odrywał ode mnie oczu, nawet gdy przy rurze prężyły się najładniejsze z naszych tancerek. Wypytywał o wiele rzeczy, ale zachowywał się kulturalnie, nie był nachalny ani wścibski. Interesowało go to, co mówię, nie tylko jak wyglądam. A mnie, nie ukrywam, pociągał jego swobodny sposób bycia, bawiło lekko uszczypliwe poczucie humoru. Nie pozostawałam też obojętna na dłonie Artura, którymi przez cały czas dotykał mnie w taki sposób, że robiło mi się gorąco. Co chwila pytał o pozwolenie lub tylko spoglądał znacząco, a ja pozwalałam mu na więcej i więcej, choć wiedziałam, że i tak posuwam się za daleko. Ale miałam to gdzieś, jego dotyk działał kojąco, relaksował i jednocześnie przyprawiał o dreszcze. Chciałam czuć jego dłonie na sobie. Choćby przez moment.


Nie wiem, jak długo rozmawialiśmy. Myślę, że minęło kilka godzin. Opowiedział nieco o sobie, choć wtedy nie wiedziałam, ile w jego słowach było prawdy. Przyjechał na spotkanie z zagranicznym inwestorem i negocjacje poszły na tyle dobrze, że jego młodsi koledzy z firmy postanowili to uczcić wypadem na miasto. Nie chcąc zrobić im przykrości, postanowił się przyłączyć.

Całus na pożegnanie? – spytał. Skinęłam głową. Pochyliłam się, chcąc go cmoknąć w policzek, ale on spostrzegł mój zamiar i odsunął się z wyrazem oburzenia na twarzy.
- Przecież nie jesteśmy rodzeństwem – mruknął, przykładając palec do ust. Pocałowałam go delikatnie, króciutko. Miał miękkie, gorące wargi. Muszę na siebie uważać, pomyślałam wtedy. Wyszczerzył się raz jeszcze i poczułam, jak wsuwa mi coś w dłoń.
- Dziękuję za bajeczny wieczór – szepnął. – Jesteś boska.
Po czym zniknął w drzwiach. Ściskając w ręku kawałek papieru odwróciłam się w stronę baru, gdzie oczekiwał na mnie wskazujący palec szefowej, kiwając zachęcająco. O, żesz ty. Chyba jednak przegięłam. Grzecznie wyszłam na zaplecze. Dopiero w samochodzie odważyłam się obejrzeć zwitek papieru, który dostałam od Artura. Sama nie rozumiałam własnych emocji. Rozmowa z tym mężczyzną, jego głos, dotyk, uwaga, jaką mi poświęcał – wszystko musiało mi rozregulować bezpieczniki, myślałam. Rozwinęłam serwetkę z różową kocicą i znalazłam sto euro oraz krótki liścik. Pieniądze wprawiły mnie we wściekłość. Poczułam się jak dziwka. W pierwszym odruchu uchyliłam okno, chcąc wyrzucić wiadomość od Artura. Ale po chwili opanowałam złość i wreszcie rozłożyłam kartkę. „Zadzwoń, proszę. Chcę się z Tobą spotkać. Oddasz mi wtedy pieniądze.” A więc to był test. Gdybym wzięła kasę i nie zobaczyła go już nigdy więcej, oznaczałoby to, że naprawdę można mnie kupić.
- Ty przebrzydły, łysy kutasie – mruknęłam ze złością. Jak śmiał tak mnie podpuszczać? Za kogo się uważał?

Minęło kilka dni i dziś wydaje mi się, że nie było chwili, w której nie pomyślałabym o nim. Byłam na przemian zła i zauroczona. Łapałam za telefon, by z przekleństwem wrzucić go z powrotem do torebki. Istotne jest tylko to, że zadzwoniłam. Umówiłam się na kolację. Po raz pierwszy w życiu miałam obawy, odkładając słuchawkę. Wiedziałam, czym zapewne skończy się takie spotkanie. Ale i tak kupiłam nową sukienkę, poszłam do kosmetyczki i włożyłam najwyższe obcasy, jakie miałam. Zależało mi, choć sama nie wiem czemu.


Muszę przyznać, że wyglądałam całkiem nieźle. Taksówkarz zerkał co chwila w lusterko, stwarzając realne zagrożenie na drodze, w restauracji portierzy zapomnieli na chwilę języka w gębie i musiałam im uprzejmie powtórzyć nazwisko Artura. Większość facetów, siedzących przy stolikach, zagapiło się na mnie z tym śmiesznym, psim wyrazem twarzy. Artur siedział przy ostatnim stoliku. Zapewne specjalnie wybrał akurat to miejsce, dzięki temu mógł sobie dłużej popatrzeć. Uśmiechnęłam się do niego radośnie, gdy wstał i podsunął mi krzesło. Nachylił się przy tym i szepnął:


- Zaraz dojdzie tutaj do zbiorowego linczu. Dziewczyno, nie wiem, czy zdołam temu zapobiec.
Oparłam twarz na splecionych dłoniach, patrząc mu w oczy. Podobałam mu się, i tylko to było ważne.
- Rozumiem, że to był komplement? – spytałam.
- Największy z możliwych – odparł. – Z mojej strony zachwyt jest oczywisty, mam nadzieję, że to widzisz. Ale zazdrość wszystkich kobiet na sali mówi sama za siebie.
Potrafił mnie rozbawić.
- Nic na to nie poradzę – stwierdziłam, wzruszając ramionami. – Nie ode mnie to zależy.
Nie pamiętam, co zamówiłam. Było chyba dobre, w końcu zaprosił mnie do jednej z najlepszych restauracji w mieście.

- Chyba nigdzie ci się nie spieszy. Bo ja jeszcze nie chcę kończyć wieczoru.
Rzucił mi szybkie spojrzenie i otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie dałam mu na to czasu. Wyciągnęłam rękę i przyłożyłam palec do jego miękkich ust.

Zachciało mi się śmiać, gdy po wejściu do hotelowego holu zobaczyłam minę recepcjonisty. Zagapił się na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym była zupełnie naga. Może i wyglądałam, jak napalona suka. Albo kurwa. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Kochany Arturze, jeszcze chwila, a zacznę mruczeć jak kotka w rui, więc lepiej będzie dla nas wszystkich, jeśli szybko zaprowadzisz mnie do swojego pokoju.
Na całe szczęście dla mnie, ledwie stanęliśmy pod błyszczącymi drzwiami wind, jedna z nich nadjechała z cichym szelestem. Gdy tylko zostaliśmy sami, rzuciliśmy się na siebie jak wygłodniałe zwierzęta. Przycisnął mnie do chłodnej, stalowej ścianki, zadzierając czarny materiał sukienki wysoko na biodra. Nic, że nałożyłam najładniejsze majtki z czarnej, przepięknej koronki. Artur nawet nie spojrzał na koronkę, gdy niecierpliwie ściągał mi je z tyłka. Zarzuciłam mu nogi na pas, odnalazłam jego miękkie usta. Matko, jak chciałam, żeby wsadził we mnie coś, cokolwiek. Posłuchał mojej prośby i z jękiem wciągnęłam jego palce do środka. Miałam nadzieję, że jedziemy na setne piętro, tak było mi dobrze. Niestety, dotarliśmy jedynie na czternaste. Cóż, co się odwlecze... Taką przynajmniej miałam nadzieję.


Podobno ładnie pachnę. Tam. Trudno mi to ocenić, więc wierzę na słowo facetom, którzy mi to mówili. A poza tym lubię czasem pobawić się maszynką do golenia. Byłam ciekawa reakcji Artura, gdy rzucił mnie na łóżko i zanurkował między uda. Boże, jaki miałam orgazm. Wpakował we mnie chyba z piętnaście palców naraz, a językiem posługiwał się nad wyraz sprawnie. Złapałam za te jego krótkie, ciemne włosy i docisnęłam do siebie, gdy nadeszło spełnienie. Jejku jej. Krzyczałam. Chyba, bo nie za bardzo pamiętam. Drżałam i nie mogłam przestać szczytować, tak było mi dobrze. Nie wiem, ile to trwało, ale to on przerwał, a nie ja. Bo gdyby nie oderwał się od mojej łechtaczki, to mogłabym tak całą noc. Gdy doszłam do siebie, pochylał się nade mną i patrzył z uwagą, całując po twarzy.


- Wszystko dobrze? – spytał, gdy się uspokoiłam.
- Tak, wariacie – odpowiedziałam cicho. – Bardzo dobrze.
- Co to było?
- To się chyba nazywa orgazm wielokrotny – mruknęłam. – Nie słyszałeś?
- Słyszałem – zaśmiał się – ale nigdy nie widziałem. To było cudowne.


Zepchnęłam go z siebie. Położył się na plecach, a ja usiadłam na nim, ściągając sukienkę. Westchnął cicho, rozbłysły mu oczy. No, myślę, gołąbeczku. Podziwiaj sobie.
Rozpięłam Arturowi pasek i ściągnęłam mu spodnie. Jeszcze chwila i jego twarda, stercząca pała znalazła się we mnie. Ależ byłam mokra. Poruszyłam biodrami, wspierając się na torsie leżącego mężczyzny. Przeszkadzała mi jego koszula, więc szarpnięciem rozerwałam guziki. Miał szczupłe, zgrabne ciało, nie zdążył dorobić się jeszcze brzucha. I dobrze, pomyślałam, wbijając paznokcie w jego piersi. Złapał mnie za biodra i kochaliśmy się powoli, niespiesznie, bo ja już zostałam zaspokojona, więc nie było po co gnać do mety. Uwielbiam to uczucie, gdy wypełnia mnie twarda, męska kość, poruszająca się wewnątrz mojego ciała niczym żywy tłok. Troszkę bolało, bo jestem dość ciasna, ale lubię ten ból. Podnieca mnie. Wierciłam się na jego kutasie, czując powracającą chuć. Znowu chciałam orgazmu. Niecierpliwie poruszyłam biodrami, pragnąc jeszcze więcej rozkoszy. Patrzyłam na twarz Artura, wykrzywioną w grymasie podniecenia. Wypełniający mnie członek spuchł i zrobił się większy, co oznaczało tylko jedno – zaraz będzie finisz. Zeskoczyłam z niego i, nim zdążył zaprotestować, złapałam napęczniałą męskość w dłoń. Kilka szybkich, gwałtownych ruchów wystarczyło, by strzeliła mi na brzuch ciepłą falą spermy. Artur jęknął rozdzierająco, przyciskając się do mnie kroczem, a ja ściskałam pulsującego kutasa, rozmazując lepkie nasienie na skórze.
Gdy mój kochanek opadł na łóżko, wyczerpany orgazmem, położyłam się na jego rozgrzanym ciele. Jeszcze nie miałam zamiaru kończyć. Nie wypuszczałam go z ręki, delikatnie masując żołądź. Wcisnęłam się pod napletek, drażniąc wrażliwe wędzidełko. Nie minęła minuta, a mężczyzna spojrzał na mnie zdziwiony. Też to poczułam. Jego kutas, pieszczony wprawnymi paluszkami, drgnął jak żywy.


- Gotowy na drugą rundę? – spytałam. Nie odpowiedział, jedynie skinął potakująco. To dobrze, słonko, bo ja nie mogę się już doczekać.


To był pierwszy z dni, jakie spędziliśmy w tym hotelu. Byłam wolna, miałam przy sobie fajnego faceta i chciałam to wykorzystać. Miałam nadzieję, że on też.
Czasem był czuły i delikatny. Pieścił mnie wtedy powoli, niespiesznie, doprowadzając do kolejnych orgazmów. Odwdzięczałam mu się najlepiej, jak potrafiłam, a kolejne wytryski dowodziły, że wychodziło mi całkiem nieźle. Kiedy indziej brał mnie mocno, gwałtownie, przełamując jakikolwiek opór i robiąc, co tylko miał ochotę. W takich momentach oddawałam mu swoje ciało bez żadnych ograniczeń. Lubiłam, kiedy traktował mnie jak swoją własność, wykorzystując wedle własnego widzimisię. Rżnął mnie szybko, gwałtownie, nie bacząc na to, czy czerpię z tego przyjemność. Ale mi się podobało, i to bez względu na okoliczności przyrody. Szczytowałam na stojąco, przy oknie, rozpłaszczona na chłodnej szybie i wystawiona na widok wszystkich zainteresowanych. W kącie, na podłodze, wciśnięta miedzy ścianę a sofkę, z lubieżnie wypiętym w górę tyłkiem, który on rypał bez opamiętania. Pod prysznicem, zalewana gorącą wodą, dławiąca się na jego naprężonym kutasie, którym próbował rozerwać mi gardło. Uch, jak było dobrze.

A potem poszliśmy razem do łazienki i wzięliśmy bardzo romantyczny prysznic. Bardzo lubię ten sport, mówiłam już?